Downsizing, czyli jak zabić prawdziwą motoryzacjęFot. Mat. prasowe Aston Martin

V12 – dla niewtajemniczonych nic nie znaczący symbol, dla wielbicieli motoryzacji synonim nieposkromionej siły, niesamowitych możliwości i niepowtarzalnego brzmienia. Niestety silnik V12 – bo o nim mowa – powoli staje się pieśnią przeszłości, a “zasługą” takiego stanu rzeczy jest zataczający coraz szersze kręgi, coraz bardziej ingerujący w motoryzację downsizing.

Co kryje się pod tym terminem? Ogólnie rzecz biorąc, to odpowiedź producentów aut na kosmiczne normy emisji spalin i zażartą konkurencję na rynku. Natomiast dokładniej rzecz ujmując, jest on sposobem na zwiększenie wydajności silników poprzez redukcję liczby cylindrów czy pojemności skokowej przy jednoczesnym zastosowaniu takiego osprzętu, który pozwoli na wygenerowanie, z jak najmniejszego motoru jak najpotężniejszych wartości mocy i momentu obrotowego.

Praktykowanie downsizingu na pierwszy rzut oka może wyglądać na bardzo korzystne – perspektywa otrzymania samochodu, w którym koni i niutonometrów nie brakuje, a który zadowala się kroplą paliwa, jest bezdyskusyjnie kusząca. Podstawowy problem tkwi w tym, iż widniejące w oficjalnych danych technicznych wyniki zużycia paliwa i emisji CO2 nijak mają się do rzeczywistości. Wszystko dlatego, że ich osiągnięcie wymaga absurdalnie pieczołowitego stosowania się do zasad eco-drivingu. Po pierwsze, jest to trudne do zrealizowania przy normalnej eksploatacji, a po drugie, w pewnym sensie uderza w naszą wolność.

Ciemną stroną downsizingu jest również serwis silników powstających w tej konwencji. Wprawdzie technika poszła do przodu, a konstruktorzy zyskali dużo doświadczenia, jednak wyciskanie “siódmych potów” z malutkich jednostek napędowych budzi poważne obawy o ich trwałość. Obawy te tylko wzmacnia fakt, że ogólnie pojęta jakość wytwarzania samochodów znajduje się od lat na równi pochyłej.

Ford 1.0 EcoBoost / Fot. mat. prasowe Ford

Ford 1.0 EcoBoost / Fot. Mat. prasowe Ford

Dywagując na temat jakości owoców downsizingu, łatwo dojść do wniosku, że silniki te będzie trzeba naprawiać częściej niż tradycyjne motory. I tu pojawia się kolejny problem. Nowoczesne jednostki napędowe są coraz chętniej tak konstruowane, żeby najzwyczajniej w świecie nie opłacało się ich “reanimować”, bo skomplikowana naprawa byłaby droższa od kupna nowego silnika. Traci na tym klient, traci rzemiosło zwane mechaniką samochodową, zyskują motoryzacyjne koncerny.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie sprawy, który prawdziwi fani “czterech kółek” stawiają na ważnym miejscu. To dźwięk, a konkretnie brzmienie, jakie wydobywają z siebie auta. Podczas gdy potężne “fałki” potrafią generować taką muzykę, że radio staje się zbędnym balastem, ich nowoczesne odpowiedniki wierne downsizingowi potrafią brzmieć jak sprzęt gospodarstwa domowego. Dowodem, że nie ma w tym stwierdzeniu krzty przesady może być fakt, iż coraz częściej firmy samochodowe montują w swoich autach systemy, które za pomocą pokładowego zestawu audio imitują dźwięk dużego silnika, oszukując nasze zmysły. Dla wielu to nie do przyjęcia!

O Autorze

Powiązane artykuły